Jak Mag Zoran zaczarował śniegowe bałwany
Gdy spadnie dużo śniegu, można ulepić wielkiego bałwana… albo cały oddział bałwanów. Zawsze jest przy tym dużo zabawy, a Mag Zoran zadbał, by Krasnoludy miały jej jeszcze więcej. Co stanie się z bałwanami, gdy nadejdzie wiosna i zrobi się ciepło?
Jak to bywa każdej zimy – na Magiczne Ogrody spadł śnieg. Potem stopniał, tydzień później znów lekko prószył… aż wreszcie zebrały się wielkie chmury i cała okolica pokryła się grubą śniegową pierzyną. Nie było mrozu, więc śnieg doskonale się lepił i Thorod Eraptor, królewski doradca i namiestnik, dał dzień wolny wszystkim Krasnoludom, które nie pełniły wart ani nie wychodziły na patrole.
– Szkoda zmarnować taką wspaniałą pogodę – powiedział do Króla Eryka, który zszedł na dziedziniec i zdziwił się wielce, że grupa Krasnoludów wybiega radośnie za bramę. – Poza tym, drogi przyjacielu, zabawy na śniegu to również doskonały trening siły, szybkości i zręczności. Że już nie wspomnę o hartowaniu! – Podparł się silnymi rękoma pod boki i zadowolony wypuścił ustami wielki obłok pary.
Król Eryk postawił wyżej futrzany kołnierz i wyszedł za bramę, a za nim podążył Thorod. Część Krasnoludów urządziła bitwę na śnieżki, niektórzy zjeżdżali na sankach, inni toczyli z wysiłkiem ogromne kule, żeby zbudować z nich bałwany. Wokół rozbrzmiewały krzyki i śmiechy, jak przy dobrej zabawie przystało.
– W sumie to masz rację – przyznał Król Eryk swojemu doradcy. – Jednak do was nie dołączę. Oczekuję Maga Zorana, ma mnie dzisiaj odwiedzić.
– Owocnych rozmów. Gdybyście mnie szukali – Thorod Eraptor uśmiechnął się i wskazał ręką na pagórek, pod który dwoje Krasnoludów toczyło wielką kulę – będę tam budował twój pomnik ze śniegu.
Król Eryk zamrugał zaskoczony, ale pomyślał, że przyjaciel stroi sobie żarty i klepnął go w plecy.
– Dowcipy się ciebie trzymają!
– Być może – odparł namiestnik z nieodgadnioną miną.
– Żebym ja ciebie nie ulepił!
– Byłbym zaszczycony.
Król Eryk wiedział, że nie przegada swojego przyjaciela, zaśmiał się więc tylko, rzucił okiem na pogrążone w zabawie Krasnoludy i wrócił do swoich królewskich obowiązków.
Zawody w lepieniu
Thorod Eraptor raźno wdrapał się na pagórek, przyłożył do ust zwinięte w trąbkę dłonie do ust i ryknął głośno, aż się echo poniosło po okolicy.
– Hej! Słuchajcie mnie, dzielne siostry i waleczni bracia! Ogłaszam zawody w lepieniu bałwanów! Kto zrobi największego, otrzyma nagrodę!
– Nagroda! – zawołały Krasnoludy, przerywając bitwę na śnieżki. – Co za nagroda?
– Wielkie ciasto czekoladowe! – odparł Thorod, a Krasnoludy krzyknęły kilka razy na wiwat, zakasały rękawy i ruszyły turlać kule ze śniegu.
Każdy toczył swoją, a im robiły się większe, tym Krasnoludy głośniej sapały z wysiłku. Co prawda nie brakowało im hartu ani wytrzymałości, ale kule ważyły niemało, a każdy chciał zrobić jak największą. Niektóre były tak ogromne, że kilku wojowników musiało je dźwignąć, żeby postawić jedną na drugiej.
Kiedy nadeszła pora obiadu, na pagórku stanął cały oddział bałwanów i innych śniegowych figur. Czego tam nie było! Śniegowe konie i śniegowe Krasnoludy, niektóre nawet z tarczami i toporami w rękach. Na czele zaś błyszczał w słońcu śniegowy król ulepiony przez Thoroda. Na głowie miał koronę, w dłoni miecz – a z twarzy trochę przypominał Króla Eryka, ale nie za bardzo, bo choć Thorod umiał wiele rzeczy, to jednak nie był wielkim artystą.
– Myślę, że wszyscy zasłużyliśmy na ciasto! – zarządził wesoło namiestnik i ta decyzja spodobała się wszystkim, zwłaszcza że nieco już przemarzli i chcieli wrócić do głównej sali Krasnoludzkiego Grodu, gdzie czekał na nich ciepły posiłek i ogień trzaskał wesoło w kominku.
Bałwany zaś zostały na pagórku, białe i nieruchome. Stały tak aż do wieczora, kiedy zapadł zmrok, a przez bramę Krasnoludzkiego Grodu wyszły dwie osoby. Ta wyższa i chudsza niosła osłoniętą lampę, a niższa i potężniej zbudowana – pochodnię. Był to Mag Zoran oraz Król Eryk, który postanowił odprowadzić przyjaciela po spotkaniu. Maszerowali ramię w ramię, oświetlając drogę przed sobą. Mróz ścisnął i śnieg skrzypiał im pod butami. Nagle Eryk dojrzał na pagórku stojące w ciemności tajemnicze, ogromne postacie.
– Stój! – zawołał zaskoczony i złapał Maga za rękaw. – Mogą być niebezpieczni!
Zoran spojrzał w tym kierunku i zmrużył swoje mądre oczy.
– Któż to? Jak minęli nasze patrole i podeszli tak blisko? – Król Eryk aż się zaczerwienił ze zdenerwowania.
– Nie wydaje mi się, żeby podeszli – zauważył Mag rozsądnie. – Obserwujemy ich już chwilę, też powinni nas zobaczyć. Żaden nawet się nie poruszył.
– Czy to wróg, czy to przyjaciel? – zastanawiał się na głos Król Eryk.
– Może… zapytajmy? – podsunął rozwiązanie Zoran, który zaczynał już domyślać prawdy.
Królowi Erykowi nie brakowało odwagi, zszedł więc ze ścieżki i ruszył w stronę tajemniczych postaci. Za nim podążał Mag, nieco wolniej, bo nie przywykł do przedzierania się przez śnieg. I kiedy Zoran wspiął się wreszcie na pagórek, zastał Eryka oświetlającego pochodnią twarz osoby stojącej na czele grupy nieznajomych.
– Alarm odwołany. To żadna armia, tylko bałwany, które Thorod i inni lepili dzisiaj przed południem.
– Tak właśnie sobie pomyślałem – oznajmił Mag i podszedł bliżej. – Ten na przedzie jakby trochę do ciebie podobny – zauważył rozbawiony.
Król Eryk nadął policzki nieco urażony.
– Zdecydowanie jestem bardziej muskularny – odparł i napiął mięśnie ramion. – Mam godniejszą postawę. I piękniejszy profil.
– Oczywiście – potwierdził Mag z powagą, choć bardzo chciało mu się śmiać.
Krasnolud zaś obszedł śniegowego króla wokoło i westchnął z pewnym rozmarzeniem.
– Coś cię martwi, przyjacielu?
– Ech nie. Pomyślałem sobie tylko, że chciałbym, żeby naprawdę odwiedził mnie ze swoimi wojownikami taki król. – Poklepał figurę po śniegowym ramieniu. – Moglibyśmy sobie poćwiczyć walkę zbiorową i formacje bitewne. To by było coś, Zoranie! Zwłaszcza zimą, kiedy spójrzmy prawdzie w oczy, Thorod staje na głowie, żeby utrzymać wszystkich w formie.
– Hm – mruknął na to Zoran i potoczył wzrokiem po śniegowych figurach.
– Tak sobie tylko marzę – podsumował Eryk i wzruszył ramionami. – Robi się zimno, chodź, odprowadzę cię do pracowni.
Jednak Zoran pokręcił odmownie głową.
– Wracaj do siebie. Ja tu jeszcze chwilę zostanę. Popatrzę na śnieg i gwiazdy.
Król Eryk nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana planów, ale uścisnął dłoń przyjaciela i zawrócił w stronę Krasnoludzkiego Grodu. A kiedy zamknęła się za nim brama, Mag uśmiechnął się do siebie, sięgnął za pazuchę i wydobył czarodziejską różdżkę.
Bitwa na śniegu
Następnego dnia rano Króla Eryka obudziły krzyki i głośne tupanie. Chwilę potem ktoś załomotał pięścią w drzwi jego sypialni.
– Eryku! Wstawaj! Twoi ludzie cię potrzebują! – zawołał Thorod Eraptor, wpadając do środka w pełnym rynsztunku. Nie wyglądało to jednak na alarm bojowy, bo namiestnik uśmiechał się od ucha do ucha.
– Co… się stało? – dopytywał całkiem już obudzony Król, nakładając w pośpiechu nogawice.
– Otrzymaliśmy wyzwanie do walki.
– Jak to? Kto nas wyzwał?
– Sam zobaczysz. Pospiesz się, wszyscy już na nogach. Czekamy tylko na ciebie.
Kiedy Eryk wyszedł przez bramę, zastał tam ustawione w szyku krasnoludzkie klany. Wojownicy wznieśli okrzyk na jego cześć i wtedy zobaczył, że na pobliskim pagórku ustawili się już przeciwnicy. Były tam Krasnoludy, konie, ale i różne inne stworzenia – wszystkie białe niczym śnieg, bo ulepione ze śniegu! Zaś na ich czele stał dumny i władczy Śniegowy Król, trochę podobny do Eryka.
– Co robimy, wasza wysokość? – zapytał z szacunkiem Thorod Eraptor.
– Ha! – zawołał uradowany Eryk, bardzo szczęśliwy, że Zoran spełnił jego marzenie i jeszcze zrobił mu niespodziankę. – Przyjmujemy wyzwanie! I zwyciężymy! A jeśli przegramy, to jutro rewanż – dodał nieco ciszej, żeby tylko namiestnik go usłyszał.
– Tak jest! – Thorod Eraptor ukłonił się i dał sygnał, żeby oddziały szykowały się do natarcia.
Wkrótce potem Krasnoludy starły się z oddziałem Śniegowego Króla. Była to pierwsza bitwa, ale nie ostatnia, bowiem Król Eryk taki był zadowolony z nowego sposoby treningu, że co i rusz wymyślał nowe strategie, które chciał wypróbować w walce ze śnieżnymi przeciwnikami. I choć nie były to prawdziwe walki, tylko zabawa – to przecież z zabawy też płynie cenna nauka.
Zbliża się wiosna
Król Eryk bardzo polubił Śniegowego Króla. Czasem po walce wspinał się na pagórek i opowiadał mu o różnych przygodach ze swojego życia. Wprawdzie Śniegowy Król nie mówił, ale za to doskonale słuchał i dlatego też Eryk cenił sobie jego towarzystwo.
Pewnego dnia jednak, gdy słońce mocniej przypiekało, Eryk zauważył coś niepokojącego. Śniegowy Król jakby się skurczył, a z jego korony kapała woda.
– Topniejesz – westchnął Eryk i położył mu dłoń na białym ramieniu.
Zrobiło mu się smutno i wieczorem zwierzył się ze swojego problemu namiestnikowi.
– Teraz żałuję, Thorodzie, że Zoran spełnił moje życzenie. Stoczyliśmy ze Śniegowym Królem wiele bitew, polubiłem go, bo świetny z niego kompan do treningu, ale teraz robi się ciepło i on stopnieje.
Thorod pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Taki już los zrobionych ze śniegu bałwanów, nawet zaczarowanych. Wiosną muszą odejść. Liczy się czas, który spędziliście razem. A rozstania i pożegnania są częścią przyjaźni.
– Ty i ja – odparł na to z upartą miną Król – znamy się od kołyski. I nigdy się nie rozstaliśmy.
– Niby tak – zgodził się namiestnik łagodnie. – Ale pamiętasz, jak pojechałem odwiedzić daleką rodzinę i nie było mnie prawie miesiąc?
– Pamiętam. To był najgorszy miesiąc w całym moim życiu – westchnął Eryk ze smutkiem. – Och, nie myśl, że nie jestem wdzięczny Zoranowi za jego czary. Tylko że będę tęsknił…
– Tęsknota też jest częścią przyjaźni. – Thorod poklepał go pocieszająco po ramieniu. – Tęsknimy za tymi, którzy są nam bliscy, gdy muszą odejść.
– Tęsknimy mniej, gdy wiemy, że wrócą – powiedział Eryk, a namiestnik pokiwał głową.
– O tym samym pomyślałem. I pójdę porozmawiać z Zoranem.
Im bliżej było wiosny, tym śnieżna armia kurczyła się coraz bardziej, aż w końcu któregoś poranka pagórek był już pusty i całkiem zielony od kiełkującej trawy. Kiedy Król Eryk patrzył w tamtym kierunku, czasami wzdychał ciężko, bo przypominały mu się zimowe zabawy i bitwy na śniegu. Nie narzekał jednak, bo Mag Zoran obiecał, że znów zobaczy Śniegowego Króla.
I kiedy minął rok, znów zrobiło się zimno i spadł śnieg, Eryk od razu ruszył na znajomy pagórek. Zastał tam Thoroda, który kończył rzeźbić koronę na głowie bałwana. Był on wielki, nawet większy niż w zeszłym roku – i znowu trochę podobny z twarzy do Eryka.
– Witaj, mój druhu! – krzyknął Eryk. – Gotów na kolejną zimową bitwę? – zapytał.
A Śniegowy Król odwrócił głowę, uśmiechnął się i kiwnął twierdząco.
