Jak Robanki złapały przeziębienie
Było to spokojne, jesienne popołudnie. Słońce przygrzewało przyjemnie, wiał lekki wiaterek. Po prostu idealna pogoda na porządki – i mieszkańcy Magicznych Ogrodów postanowili z niej skorzystać. Bulwiaki przekopywały grządki i grabiły liście, Wróżki Smużki zbierały nasiona jesiennych kwiatów, a Krasnoludy zabezpieczały smocze łodzie, czyściły miecze i naprawiały tarcze. Niebawem można się było spodziewać pierwszych nocnych przymrozków.
I wtem nagle rozległ się głośny gwizd:
– FIIIIIII!
A zaraz potem łomot:
– A BUUUUUM!
Aż się echo przetoczyło nad Magicznymi Ogrodami. Bulwiaki i Krasnoludy odłożyły narzędzia. Wróżki wystraszone wylądowały na rabatach. Wszyscy zaniepokojeni zadarli głowy i spojrzeli w górę. Brzmiało to bowiem jak grzmoty zapowiadające wielką burzę. Jednak niebo było pogodne i czyste, bez chociażby jednej chmurki.
Wszyscy uznali, że musiało im się przesłyszeć, i wrócili do pracy. Lecz wtedy gwizd i łomot rozległy się ponownie, do tego jeszcze głośniej. Aż Skrzat Kronikarz przebudził się z poobiedniej drzemki i wyszedł ze swojego drzewa z barometrem w ręku.
– Dziwne. Nie przewidywałem na dzisiaj burzy… Może mój barometr się zepsuł.
Potrząsnął zaniepokojony urządzeniem, raz po raz zerkał też w niebo – nadal jasne i błękitne.
– Nie wygląda, jakby zbierało się na ulewę – powiedział sam do siebie, wsadził barometr do kieszeni i ruszył do kopalni zamieszkanej przez Mordole.
Jako mądry i przenikliwy Skrzat wiedział bowiem, gdzie w pierwszej kolejności szukać źródła podejrzanych hałasów. Dotarł na miejsce po krótkim spacerze i nieco go zdziwiło, że wokół siedziby psotnych Mordoli nie było widać nikogo i panowała cisza. Tylko w krzewach pobzykiwał szukający kryjówki na zimę trzmiel. Kronikarz uznał jednak, że ten spokój może być pozorny.
– Witku! Proszę przerwać natychmiast te psoty! – zawołał.
Nikt mu nie odpowiedział, ale w ciemnościach tunelu kopalni błysnęła para wielkich oczu.
– Witku! Cokolwiek robicie, przestańcie! – polecił Mordolom Skrzat Kronikarz.
Z kopalni dobiegł chrobot, odgłosy przepychania i po chwili Witek wysunął się ostrożnie na zewnątrz. Popatrywał przy tym niespokojnie w niebo, jakby się obawiał, że spadnie mu na głowę.
– Ale my nic nie robimy! – zapewnił płaczliwie. – No może trochę poobrzucaliśmy Bulwiaki suchymi liśćmi… Ale to było w zabawie i im się podobało. Czy to powód, żeby Zoran straszył nas teraz piorunami?
– Zoran na pewno ma poważniejsze sprawy na głowie niż wasze psoty. A nawet jeśli, to nie zmieniałby pogody z takiego powodu. Czyli to nie wy hałasujecie? – Kronikarz spojrzał prosto w oczy Witka i próbował zrobić surową minę.
– Słowo Mordola! – jęknął Witek. – Powiedz Zoranowi, że jesteśmy grzeczni i już nawet liśćmi nie rzucamy… Nawet jednym malutkim listeczkiem!
Zanim Skrzat zdążył mu odpowiedzieć, znów rozległy się gwizdy i łomoty, tym razem kilka, jeden po drugim. Witek pisnął przestraszony i wskoczył w głąb tunelu, ale Kronikarz wiedział już, że tajemnicze odgłosy nie dobiegają z kopalni.
– Witku! – zawołał za nim Skrzat. – Przepraszam, sądziłem, że to wy… widzę, że się boisz. Znajdę źródło tych hałasów i postaram się przywrócić nam spokój.
Z kopalni dobiegło go tylko szuranie i cichutkie:
– Dobrze.
Skrzat Kronikarz na tropie
Skrzat spojrzał w niebo i na wyjęty z kieszonki barometr. Nadal nic nie zapowiadało deszczu. Kronikarzowi przyszło do głowy, że Witek, choć swawolny i niezbyt mądry, mógł przecież zgadnąć trafnie. Może to Zoran wywołuje ten przeraźliwy hałas?
Z tą myślą skierował się prosto do pracowni przyjaciela. W trakcie drogi jeszcze dwa razy usłyszał donośny gwizd, a trzy razy huk. Dźwięki zdawały się przybierać na sile, więc zaniepokojony Skrzat przyspieszył kroku.
Mag Zoran zaś stał przed swoją pracownią, uniósł rondo kapelusza i nasłuchiwał czujnie.
– Przyjacielu – oznajmił Skrzat Kronikarz. – Dzieje się coś dziwnego i przyszedłem zapytać, czy to twoje eksperymenty są takie głośne? Kiedyś wspominałeś, że chcesz łapać pioruny w butelki. Czy rozpocząłeś doświadczenia już dzisiaj?
Zoran pokręcił głową przecząco.
– To nie ja. Ale bardzo nie podobają mi się te odgłosy. Musimy odkryć, co je powoduje.
– Chodźmy do Krasnoludzkiego Grodu. Król Eryk na pewno pomoże i wyśle zwiadowców w teren – zasugerował Skrzat Kronikarz.
Droga upłynęła im prędko, bo zaniepokojony Zoran ciągle prosił, by szli szybciej, a raz na jakiś czas nad ich głowami rozlegał się świst albo huk.
– Spójrz – powiedział Zoran, wskazując na dziedziniec, na którym roiło się od rozprawiających głośno Krasnoludów. – Wygląda na to, że Eryk zebrał już swoich wojowników.
Jak się okazało, Król Eryk nie tylko zgodził się wysłać swoich zwiadowców, ale już się przygotował. Wszyscy czekali tylko na rozkaz.
– Bardzo groźnie brzmią te dźwięki, Zoranie – powiedział Eryk, pozdrawiając gestem uniesionej dłoni wybiegających za bramę zwiadowców. – Czy to jakieś czary? Klątwa albo zły urok?
– Nie wydaje mi się. – Mag potarł czoło z zadumaną miną. – Wyczuwam tu tylko naszą dobrą magię, czar Magicznych Ogrodów.
– Należy być jednak gotowym na wszystko – podsumował Król Eryk, kładąc dłoń na trzonku zawieszonego przy pasie topora. – Od rana słyszymy dziwne odgłosy. Najpierw takie bulgotanie i trąbienie, jakby ktoś dmuchał nos w chusteczkę. No, a potem te gwizdania i huki…
Wtedy znów rozległ się świst i huk.
– Tu wydają się głośniejsze… – zauważył Skrzat Kronikarz, Król Eryk miał coś dodać, ale Zoran uniósł rękę.
– Cicho. Słuchajcie.
Znów coś zagwizdało, huknęło raz i drugi, aż się echo poniosło. Zaś kiedy umilkło, do ich uszu dobiegło cichutkie, ale wyraźne i smutne:
– Ojojoj.
– Brzmi, jakby ktoś potrzebował pomocy – osądził Zoran. – Chodźmy. Kierujmy się dźwiękiem.
Gwizdnięcia i huki stawały się coraz głośniejsze, a pomiędzy nimi pobrzmiewało pełne skargi pochlipywanie.
– Tego kogoś coś boli – wysapał Eryk i zatrzymał się, bo z naprzeciwka nadbiegała trójka zwiadowców w zielonych tunikach.
– Zoranie! Eryku! – zawołał pierwszy z nich. – Pospieszcie się! Nie wiemy, co robić!
Co dolega Robankom?
Wszyscy ruszyli na łąkę, którą zamieszkiwały Robanki. Na ogół było to wesołe miejsce, bo Robanki ceniły sobie radosną zabawę. Teraz jednak wszystkie leżały w grupce z osowiałymi minami. Ich skóra z zielonej zrobiła się szara, jak zawsze, kiedy były smutne.
– To mi wygląda na złe czary – oznajmił Król Eryk przejęty i nagle uniósł stopę, bo wdepnął w niewielką kałużę czegoś lepkiego i zielonkawego. – To mi zdecydowanie wygląda na złe czary!
– Tu przyczyna jest raczej całkiem naturalna, nie magiczna – odparł Zoran i zamilkł.
Jeden z Robanków poruszył się gwałtownie, pociągnął nosem, aż mu w nozdrzach zagwizdało przenikliwie.
– FIIIIIIIII!
A potem nabrał dużo powietrza do płuc.
– Uwaga! Wszyscy na ziemię! – zawołał ostrzegawczo Mag i rzucił się na trawę, przytrzymując kapelusz.
Wtedy Robanek kichnął.
– A BUM!
A nie było to zwykłe kichnięcie, tylko kichnięcie potężne jak grzmot. Nad łąką przeszedł gwałtowny wiatr, a echo jeszcze długo dudniło nad Magicznymi Ogrodami. Robanek, który kichnął, pociągnął nosem, z którego aż kapało do nowej kałuży. Pożalił się cichutko i płaczliwie:
– Ojojoj.
Na co cała grupa Robanków dołączyła do skargi:
– Oj, oj, ojoj.
– Mają katar. Złapały przeziębienie i źle się czują – wyjaśnił Zoran, wstał z ziemi i otrzepał pelerynę.
– Kto by pomyślał, że maleństwa potrafią tak mocarnie kichnąć – zdziwił się Skrzat Kronikarz.
– To dlatego, że są smutne, bo nie mogą się bawić – wyjaśnił Zoran.
– Czyli musimy je wyleczyć i rozweselić. – Król Eryk klasnął w dłonie. – Nasz Krasnoludzki Gród jest najbliżej, więc najlepiej, żeby zamieszkały u nas na czas choroby.
– A nie boisz się, że was pozarażają katarem? – spytał Zoran, ale Eryk machnął silnym ramieniem.
– Krasnoludy nie boją się niczego.
– W takim razie zostawię to tobie. A ja pójdę przygotować dla nich leki i zaparzyć herbatę z owoców dzikiej róży i malin.
– A ja – zaoferował Skrzat Kronikarz – wyszukam księgi z najpiękniejszymi bajkami. Choroba to nic przyjemnego, ale dobre opowieści poprawią Robankom nastrój. Bo jeśli zaczną kichać wszystkie naraz, zdmuchną Erykowi dach grodu.
Jak powiedzieli, tak też zrobili.
Grupa krzepkich Krasnoludów przyciągnęła wóz o drewnianych kołach i raz-dwa przewiozła chore Robanki do Krasnoludzkiego Grodu. Czekała tam już na nie komnata wyłożona świeżym, pachnącym ziołami sianem oraz ciepłe wełniane koce.
Niebawem pojawił się Zoran z leczniczymi eliksirami i malinową herbatą, a wkrótce po nim Skrzat Kronikarz z księgami. Robanki otoczone opieką przez Krasnoludy leżały przykryte pod głowy, zażywały grzecznie leki i słuchały baśni. Szybko poweselały i chociaż zdarzało im się jeszcze kichnąć, to nie były to już kichnięcia potężne jak grzmot. Z każdym dniem czuły się coraz lepiej, aż w końcu wyzdrowiały i znów mogły się bawić na dworze i cieszyć jesienią. Na szczęście przeziębienie u Robanków, podobnie jak u dzieci, nie trwa długo i szybko mija.
