Byliśmy w Magicznych Ogrodach!
Kiepskie dobrego początki
Choć dzień miał zapowiadać się wyśmienicie, od rana mnożyły się kolejne przeszkody, które rzucały cień na nasze plany rodzinnego wyjazdu. Najpierw młodsza córka stwierdziła, że coś ją drapie w gardle, co postawiło nasz długo oczekiwany wyjazd do Magicznych Ogrodów pod wielkim znakiem zapytania. Znowu choroba? Po chwili szczęśliwie okazało się, że „mamo, mi się do gardła przykleił kawałek bułeczki, już się odkleił!”.
Starszy syn stwierdził, że zgubił kartę pamięci, a bez niej stanowczo nie może wyjść. Odziedziczona po dziadku Franku żyłka dokumentalisty nie pozwala mu niemal nigdzie ruszyć się bez aparatu. Dobitnego wyjaśnienia wymaga tu, że aparat w telefonie to nie aparat. „To jest, mamo, zupełnie co innego!”. Finalnie karta znalazła się na podłodze za komodą i od wyjścia dzielił już nas tylko telefon z pracy męża z setną w tym tygodniu ważną sprawą.
Witaj przygodo!
Poranek i proces wychodzenia wydawał się trwać w nieskończoność, potem było już jednak tylko coraz lepiej. „Witaj przygodo!” krzyknęła Młodsza, kiedy wsiadaliśmy do samochodu, prezentując swój bezzębny uśmiech po niedawnym wypadnięciu dwóch mlecznych jedynek. Starszy przewrócił oczami: „Tato, co ona znowu się tak drze?“. Szybko jednak w drodze zajęła ich ulubiona gra w skojarzenia i wszelkie waśnie poszły w odstawkę. Tata – samochód, samochód – wycieczka, wycieczka – Bajkowy Ogród.
– Co to jest Bajkowy Ogród, Majka? – zapytał przenikliwie Starszy.
– No co ty, nie wiesz? Przecież tam jedziemy.
– Nie żaden Bajkowy Ogród, tylko Magiczne Ogrody! Ale się nie przejmuj, małe dzieci, takie jak ty mają kiepską pamięć. Za to takie w moim wieku, znakomitą!
– Opowiadasz głupoty! Poza tym ja dobrze wiedziałam, że jedziemy do Magicznych Ogrodów. Tak tylko powiedziałam inaczej, żeby zobaczyć, czy ty wiesz. Dałeś się nabrać!
Pewnym krokiem do świata baśni
Droga minęła szybko i bezproblemowo. Jako mieszkańcy prawobrzeżnej Warszawy, postanowiliśmy polecieć tzw. nadwiślanką. S-ką jest jeszcze szybciej, ale lubimy sielskie widoczki na trasie i dwa razy zatrzymaliśmy się nad Wisłą w bardzo malowniczych miejscach.
Na końcu trasy dzieciaki ledwie mogły wysiedzieć w fotelikach. Emocje rosły. Oczekiwania również. Z parkingu do bramy Magicznych Ogrodów musieliśmy wprost puścić się za nimi pędem. Zawsze zazdroszczę im energii, chciałabym mieć choć jej połowę! Nawet przy 1/3 czułabym się jak petarda!
Przy wejściu do parku dzieci powitały włochate Mordole. Śmiechów było co niemiara, a Młodsza kilka razy dopytywała, czy one były prawdziwe!? Starszemu z wrażenia przy robieniu zdjęć aż trzęsła się ręka.
Ład, którego się nie spodziewałam
To, co bardzo nas zdziwiło, to panujący w Magicznych Ogrodach spokój. W głowie rodzica, nawet tego doświadczonego, nie mieści się, że gdzieś może być tyle zróżnicowanych atrakcji, a jednocześnie nie ma chaosu i rozgardiaszu. Kiedy kilka tygodni wcześniej mąż zaproponował „a może zabierzemy dzieciaki do parku rozrywki w Janowcu? Maćki tam byli i było super!” w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.
Park rozrywki? Migające światełka? Piszczące zabawki? Dzikie tłumy? Od razu widziałam siebie z atakiem migreny, Młodszą wymiotującą po przejażdżce na karuzeli i marudzącego Starszego, który od nadmiaru bodźców staje się nie do zniesienia – nie tylko dla otoczenia, ale też dla siebie samego. Nic bardziej mylnego! W Trzciankach czekała na nas ogromna powierzchnia, szemrzące strumyki, harmonia, natura i prawdziwy relaks!
Wspólna przygoda dla rodzeństwa.
Trudno wybrać, które atrakcje podobały się dzieciom najbardziej. Generalnie wszędzie bawili się znakomicie. Bez wątpienia jedną z topowych rozrywek okazało się pływanie tratwą. „Jestem kapitanem, kapitanem żeglugi!” krzyczała, ile sił w płucach Młodsza do stojącego po przeciwnej stronie stawu ojca, powodując ukradkowe spojrzenia pani z sąsiedniej tratwy, której dzieci byłyby zdecydowanie bardziej ciche niż nasze. Staw pokonaliśmy chyba siedem razy w różnych konfiguracjach: ja i Dwójka, tata i Dwójka, ja i Młodsza, tata i Starszy…i tak dalej.
Ogromną fascynację wywołał też przejazd Bulwiakową Kolejką przez Kwiatową Dolinę. „Mamo, tato, ja chcę jeszcze raz, chce mieć dodatkowe ujęcie tego wielkiego grzyba” – emocjonował się Starszy, ściskając w ręku aparat. Co więcej, zauważyliśmy, że dzieci świetnie razem współpracowały i tworzyły naprawdę zgraną drużynę, mimo różnicy wieku, która na co dzień bywa często źródłem nieporozumień.
Z głową w chmurach!
Zamek Wróżek, Krasnoludzki Gród, Tunele, wielka zjeżdżalnia działająca pod szyldem Krasnoludzkiej Wieży Prób, Magiczna Fontanna – właściwie każda atrakcja wywoływała wielkie „wow”. Dużo pięknych przeżyć dostarczyły też nam wszystkim Mosty w Koronach Drzew.
Dzieciaki okazały się odważniejsze ode mnie. Parli do przodu, nie bacząc na nic, a ja stawiałam chwiejne kroki, walcząc z falami swojego lęku wysokości. Zdecydowanie jednak było warto! Piękne widoki i poczucie spełnionej misji bezcenne. Nie zawiodła nas też gastronomia, a jesteśmy dość wybredni, szczególnie mąż wegetarianin sportowiec, który każdy kęs w nowym miejscu ogląda trzy razy zanim zdecyduje się go zjeść. Obiad, kawa, lemoniady – wszystko było bez zarzutu.
Czy tutaj wrócimy?
Na pewno. Szczególnie, że Magiczne Ogrody mają ciekawą ofertę wydarzeń. Szykujemy się na Wielką Bitwę, o której dowiedzieliśmy się podczas naszego pobytu. Zapowiada się świetna zabawa!
